Tuesday, June 1, 2010

WHY THE FACE?

Czyli swobodne tłumaczenie 'WTF?' Mamo ja jeszcze rysuję... i ten tekst, że to moje kredki.

Monday, May 24, 2010

YOU DON'T WANNA KNOW

Kilka osób chciało zobaczyć, a że się wlecze... To teraz niech sobie spojrzą. To jest połowa, w częściach. Miłego 'nic tutaj nie widzę'. No i boston rządzi. Do później. Jestem nie w sosie, bułka nie w sosie.
I ten no:

Wednesday, April 28, 2010

3 LINES PER WEEK

Koniec pieprzenia. To poniżej, to rzecz, którą postanowiłem wrzucić teraz już, bo istnieje możliwość, że nigdy jej nie skończę, nie w tym tempie... Ale jak skończę, to pewnie wrzucę. I ot, cała filozofia życia.

Monday, April 26, 2010

NO DUCK THINKING

Część z Was pewnie się domyśla, o czym będzie tym razem. Ta część, która zna mnie osobiście. Mieliśmy, wśród znajomych właśnie, swój sposób na żałobę, chwilami bardziej, częściej mniej wyszukany, ale nie było w tym zamierzonego braku szacunku dla zmarłych, uzasadnionego, czy nie. Tak czy inaczej, nie chciałem tutaj się w tej sprawie uzewnętrzniać wtedy i nie miałem zamiaru robić tego nigdy w przyszłości, ale dzisiaj... Dzisiaj nastąpiło coś, czego się bałem, czego myślałem unikniemy.

Żałoba narodowa się skończyła, a naród wrócił do normy. Gówno znów leje się strumieniami, ale to normalne, to my, tu wszędzie jest Polska. Żeby nie dać się sprowokować ludziom pokroju tego, co to z nim rozmawiać wcale nie warto, wystarczy nie oglądać telewizji publicznej i poprzestać na nagłówkach w artykułach internetowych, które często mówią wszystko, a powodują tylko chwilowy skok ciśnienia. Jedyną rzeczą, która mogłaby mnie na nowo wprawić w stan głębokiego zaniepokojenia losami Waszymi też politycznego, byłaby hipotetyczna sytuacja, kiedy to...

Dzisiaj już nie hipotetyczna. Kaczyński startuje w wyborach. Nie będę się domyślał co temu człowiekowi chodzi po głowie, nie będę też tego oceniał. Ale dla mnie i mam nadzieję, że i dla Was ta decyzja tego człowieka oznacza tylko jedno - choćbym był na kacu gigancie w innym kraju, innym stanie świadomości i bez kończyn, zagłosuję.
Zagłosuję na tego z kilku ledwie kandydatów, który będzie miał największe szanse wygranej z Kaczyńskim.

Śmierć prawie setki ludzi nie zmienia faktu, że Lech Kaczyński był prezydentem jednej partii i jak ta partia, nawet jeśli chciał dobrze, to nie potrafił zbyt wielu rzeczy dobrze zrobić, pomijając brak klasy i obycia. A teraz może być tylko gorzej, kot pierwszą damą i facet bez konta bankowego prezydentem? Wiem, że po kilku wpisach tutaj z przeszłości, nie zaglądają na tego bloga ludzie o odmiennych niż moje pewnie poglądy i obrażam może Waszą inteligencję pisząc to, ale pamiętajmy o tym jakim był prezydentem Lech Kaczyński i miejmy przed sobą żenujący obraz jego brata. Nawet nie jako prezydenta, ale człowieka, nawet w tej sytuacji.

Nie róbmy tego sobie, nie dajmy mu wygrać. Jeśli znacie ludzi,
których jeszcze można zmobilizować, do roboty!
Pamiętacie wybory sprzed trzech lat? Bo ja tak i jestem dumny z tego co widziałem wtedy głosując w Londynie, przejazdem. Tym razem do zobaczenia w Goleniowie w czerwcu.

I jeśli jednak znajdzie się ktoś gotów mi zarzucać panikarstwo i głosowanie przeciwko PiS za wszelką cenę, nawet kosztem wyboru miernot... Proszę bardzo, pełna zgoda. Mi Komorowski musi wystarczyć i wystarczy.

Kocham Was, tylko dzisiaj wszystkich, w tym feralnym dniu. Pozdrawiam, Dominik Bułka. Człowiek, który nie dostał Fryderyka.

Friday, April 9, 2010

PAN UŚMIECHNIĘTY...

...kutasik. Tak w oryginale nazwałem kiedyś pewną narysowaną pod wystawę rzecz, która później pojawiła się seriami na ulicach Szczecina pod postacią plakatu do festiwalu teatralnego 'Okno' w 2007. Czyli nic w przyrodzie miejskiej nie ginie niby, bo rysunek taki dla siebie, że na wystawę i że nagle na ulicy. I jakoś nie przyszło mi, bo niby dlaczego do głowy, że jeszcze będę do tego wracał. A tu pan uśmiechnięty kutasik, po raz kolejny z ocenzurowanym penisem spodobał się bardzo pewnemu wielbicielowi żółwi, drzemek i dziwnych papierosów, wyglądającemu jak ja w wersji M, gdyby się trzymać tego, że ja jestem XL. I tak oto po męczarniach (wiem, że to czytasz draniu) przy dobieraniu nowego rękawa dla wspomnianego osobnika, trafił on na pana K. i umiłował go niczym sarnę, którą zapoznał w pewnym miejscu, którego już nie ma (czyli dawno temu, wydawałoby się). Po kilkunastu tysiącach poprawek i modyfikacji obejmujących usunięcie z obrazka penisa (nie to nie), udał się zawżdy do salonu o podziemnej nazwie, gdzie skórę zdobili sobie sławni i nielubiani, oraz Żurawski, którego akurat lubimy dzieci. W podejściach liczbie pewnej naniesiono nań ozdobę z koloru i niekoloru, jak na więźnia w czasach króla komunistycznego robiło się. Zacisnął zęby ów młodzian, by mieć kutasika, bez kutasika na ręku i żył potem długo i szczęśliwie, a tatuaż jego niczym broda zdobiąca jego lico, stał się syndromem jego jurności i ukrytego pod krawatem szaleństwa. A autor wraz z nim i jego sarenką, oraz ludźmi, z którymi ma kontakt różny (bo to dawno temu było) opił ten fakt na szczecińskim festiwalu tatuażu, albowiem piwo było tanie, a atmosfera gęsta.

I jaki morał z tej opowieści? Nie żuj gumy, bo Ci rower w piwnicy zaleje? Sami sobie wymyślcie. There.
Photo by pewna sarenka, chyba.
Zjadłem pomarańczę pisząc to, więc przynajmniej dla mnie było to zdrowe doświadczenie. Na weekend i z uwagi na to, że post był też trochę o kolesiu chrzczonym w mailach niczym Dorian imionami żeńskimi:



Ano i jest nowy album... w drodze, czy coś. Hehehh. Pussy out!

Wednesday, April 7, 2010

KREDENS

Right you are motherf...

Oczodoły na Was też patrzą? Tak, niestosowny bardzo i nie na miejscu żart, ale po kilku odcinkach nowego sezonu Family Guy, musicie mi wybaczyć. Głowa rodziny znowu w formie, a Olic właśnie nie strzelił gola i dobrze. Ale przy okazji kopnął Van Der Saara w to miejsce, do którego nigdy nie będziecie tak blisko jak Wasze lepsze połówki panowie. Zemsta Manchesteru od razu, 3:0 za kopa w wielkanoc. A Nani dziękuje niebiosom, bo to przecież nie on, a bóg strzelił... O 3:1, zemsta złego pewnie, hahahh. Transmisja mi się zrobiła... Pan komentator powiedział: 'Po strzale bramki.' No tak to się nie mówi.

Dwie godziny później. Po meczu iiii... odechciało mi się pisać. Nie pamiętam o czym też miałem.

Enjoy:



Jak coś się urodzi naprawdę, to wrócę.